Czy warto dzielić się uczuciami?

Jerzy Grzybowski | Sztuka bycia razem

Nie żeby sobie ulżyć i nie dlatego, że mam prawo przeżywać uczucia, ale dlatego, że małżonka kocham.

 

Zalecają Państwo, by dzielić się uczuciami – zauważyła Dorota. – Ja ciągle mówię mężowi o swoich uczuciach, a on patrzy na mnie z politowaniem…

Proszę Pana, żona ma problemy ze swoimi emocjami, zupełnie ich nie kontroluje… Wybucha, urządza sceny. Nie umiem wtedy rozmawiać – odezwał się na to Filip, mąż Doroty.

Dzielenie się uczuciami nie jest celem samym w sobie. Dzielę się uczuciami nie dlatego, żeby sobie ulżyć i nie dlatego, że mam prawo przeżywać takie uczucia, ale dlatego, że ja drugiego człowieka – męża, żonę – kocham. Chcę być czytelny dla niego tak dalece, jak dalece potrafię nazwać w sobie uczucia, które przeżywam. Każde podzielenie się uczuciem oznacza zazwyczaj pierwszą poważnie wykonaną pracę w sobie. A mianowicie zamianę oceny, osądu, oskarżenia, wymówki, pretensji, a nierzadko ironii lub wyzwiska – na uczucie, które we mnie powstało i które nazwałem. Wypowiedzenie tego uczucia wiąże się jednocześnie z tzw. komunikatami typu: JA, o których piszę w innym miejscu szerzej. Mówięo sobie. Nie przerzucam odpowiedzialności za wszystko na współmałżonka.

Ale wypowiedzenie uczuć to jedna sprawa. Potrzebne jest jeszcze przyjęcie, akceptacja, że drugi człowiek tak przeżywa, że jest mu przykro, że coś go denerwuje, drażni, czuje się przybity, że ma prawo tak przeżywać. Nie jest to przeżywanie złe ani nieadekwatne do sytuacji, ale takie, jakie wynika z jego osobowości. Drugi człowiek potrzebuje zrozumienia i akceptacji swojego wnętrza.

Ale idziemy dalej. Staram się nie budować swoich ocen na uczuciach, którymi się dzielę, staram się ich nie żywić, nie podsycać, nie jątrzyć. Takie utrwalanie uczuć podlega ocenie moralnej. I to jątrzenie, karmienie uczuć, nakręcanie się emocjami może wywoływać trudne reakcje współmałżonka, zwłaszcza jeżeli z temperamentu jest mniej emocjonalny. Sens nazywania uczuć polega w dużym stopniu na tym, by – paradoksalnie – nie działać pod ich wpływem.

W małżeństwie, które usłyszało gdzieś lub przeczytało o potrzebie dzielenia się uczuciami, często bywa tak, że jedno z nich mówi na przykład: Czuję złość, gniew, jestem wściekły, a drugie mówi: A ja czuję smutek, żal, przygnębienie. Każde z nich jest jednak tak zajęte swoim przeżywaniem, że nie stać go na otwarcie się na drugiego człowieka, nie stać go na przyjęcie jego uczuć. Nie dochodzi wtedy do dialogu. Każde z nich pozostaje na swojej pozycji. Żeby doszło do dialogu trzeba – jak powiedział Jan Paweł II – uczynić w sobie miejsce bratu. Zauważyć, że wiele z tych trudnych uczuć współmałżonka powstało w wyniku moich zachowań. Jeżeli nie chcę, by współmałżonek przeżywał i utrwalał w sobie takie trudne uczucia – a nie chcę, bo go kocham – to spróbuję swoim postępowaniem nie wywoływać w nim tych uczuć. I dopiero wtedy zaczyna się dialog na płaszczyźnie uczuć.

To dopiero początek, a trzeba iść dalej, czyli przyjrzeć się potrzebom psychicznym, jakie w każdym z nas z jakiegoś powodu są niezaspokojone. Ja mam inny temperament niż moja żona, warto bym był wrażliwy na jej odmienny od mojego sposób przeżywania tych samych wydarzeń.

Tego wszystkiego nie da się nauczyć z dnia na dzień. Potrzebna jest ogromna cierpliwość, wytrwałość w stopniowym nabieraniu umiejętności takiego radzenia sobie ze swoimi uczuciami i osobowością w ogóle. Ale warto. Sami doświadczyliśmy wielu trudności między nami i takie stopniowe rozpoznawanie podstawowych elementów komunikacji interpersonalnej, z jej nastawieniem na budowanie relacji, przyniosło ogromną zmianę w naszym małżeństwie.

Żona chodzi w szlafroku! >>>

Za: Nieporadnik małżeński

Copyright © by Wydawnictwo POMOC

Udostępnij w : Wyślij znajomemu
Dodaj komentarz

Tytuł

Podpis

Treść




Partner serwisu Rodzina:

SKOK

Partnerzy naukowi:

WSB-NLU
Centrum JP2

Partner fundacji:

Bank PEKAO SA


Patroni:

PC World Komputer Przewodnik Katolicki

Wsparcie modlitewne:

Karmelitanki Bose


© Fundacja "Opoka" 1997-2011