Nowości
Ostatnio komentowane
Przysięga coraz mniej znaczy Wywiad z dr. Jackiem Pulikowskim
Jacek Pulikowski,Agnieszka Dubiel | Im się udało... | 2012-02-06O czasie dla rodziny, elementach niszczących małżeństwo oraz tym, co najważniejsze dla trwałości związku – z dr. Jackiem Pulikowskim rozmawia Agnieszka Dubiel.
Agnieszka Dubiel: Czy w pana odczuciu w Kościele za mało się mówi o sprawach małżeńskich?
Jacek Pulikowski: Mnie jest trudno powiedzieć, bo ja bardzo dużo mówię w Kościele o sprawach małżeńskich i rodzinnych. Na pewno za mało się Kościoła słucha. I rzeczywiście wielkie media robią wszystko, żeby Kościół nie był słuchany. Ośmieszają, wyłapują wszystkie potknięcia każdego księdza – prawdziwe albo nawet wymyślone – i zaraz rozgłaszają na cały świat. W związku z tym ludzie coraz mniej słuchają Kościoła, a szkoda. Kościół od dwóch tysięcy lat nieodmiennie mówi to samo, nigdy nie sprzeniewierzył się człowiekowi.
AD: Nie ma pan wrażenia, że na kazaniach niedzielnych, kiedy jest najczęstszy kontakt szarego człowieka z Kościołem, pojawia się tylko takie ślizganie po tematach?
JP: No tak, ale takich mamy kapłanów, jakie ma-my rodziny. Trudno wymagać, żeby ksiądz znakomicie rozumiał problemy rodzinne, jeśli sam pochodzi z połamanej rodziny. Wielu z tych chłopaków, którzy idą do seminarium, pozostawia za sobą dom z kiepskim ojcem, nawet patologicznym. Jest ich bardzo dużo. Czasem aż zachodzi podejrzenie, że widząc własną kiepską rodzinę, uciekają od rodziny w kapłaństwo. Nie byłoby to dobre, oczywiście. Lepiej byłoby, gdyby kapłanem zostawał chłopak, który chce założyć rodzinę, ale jeszcze bardziej chce zostać księdzem. Gorzej by było, gdyby „nie cierpiał bab i bachorów” i uciekał do kapłaństwa. Wtedy pojawi się wątpliwość: jak on sobie potem poradzi? Oczywiście, że może dojrzeć, ale taki punkt wyjścia nie jest dobry.
Natomiast trzeba się zgodzić, że ambona nie jest dostatecznie wykorzystywana do omawiania problematyki rodzinnej. Ale z drugiej strony, na rekolekcjach czy misjach parafialnych coraz częściej ta tematyka jest poruszana. To już nie jest tak, że panom się mówi, żeby nie pili, a paniom, żeby nie plotkowały. Tu już się dotyka wielu poważnych problemów.
AD: Pracuje pan z małżeństwami już trzydzieści lat. Zmienia się coś w ludziach?
JP: Tak, zmienia się. Wyraźnie następuje odejście od wiary, odejście od świata wyższych wartości i wyższych motywacji w ogóle. Przysięga coraz mniej znaczy, słowo dane coraz mniej znaczy, wierność coraz mniej znaczy. Elementem niszczącym małżeństwa, który się nasilił w ciągu ostatnich trzydziestu lat, jest rozwiązłość seksualna, mówiąc zupełnie wprost. To, co się dzieje dzisiaj, nie daje się w żaden sposób porównać z tym, co się działo trzydzieści lat temu. W tamtym czasie kobiety, żony zdradzające mężów to były bardzo sporadyczne przypadki. W tej chwili kobiety zdradzają prawie na równi z mężczyznami. Tak wynika z moich obserwacji.
AD: Czy w takim razie widzi pan jeszcze sens tego, co robi?
JP: Oczywiście. Ta praca jest coraz bardziej potrzebna w związku z tym, że coraz drastyczniejsze zdarzają się przypadki rozpadu, rozwodów, opuszczenia dzieci. Natomiast to, co robię, daje mi pewną radość dlatego, że raz po raz – nie często, nie codziennie, ale też jednak nie rzadko – podchodzą do mnie ludzie, którzy mówią: „Pan nam piętnaście lat temu pomógł, pozbieraliśmy się jakoś i teraz jesteśmy dobrym małżeństwem. Bardzo jesteśmy wdzięczni”. Czasem spotykamy się i ktoś mówi: „Ta książka uratowała nam małżeństwo”. Wielokrotnie słyszałem od mężczyzn zdanie: „Książka War-to być ojcem odmieniła moje życie”. Oczywiście to nie książka odmieniła, on sam musiał to zrobić. Ale treści, jakie tam przeczytał, poruszyły go na tyle, że postanowił dokonać zmiany w swoim życiu, i to mu się udało. Tak więc sygnałów, że ta praca nie jest bezsensowna, mam dostatecznie dużo, żeby ją kontynuować.
AD: Znajduje pan w tej pracy czas dla rodziny?
JP: Tak, od początku trwa ciągła walka o to. Gdy dzieci były małe, zgadzałem się na wykłady tylko pod warunkiem, że przyjadę z całą rodziną. Często to były jakieś rekolekcje dla małżeństw, nawet wyjazdy za granicę. Myślałem sobie: „I tak jadę samochodem, co mi szkodzi zabrać pięć osób?”. Dzieciaki w ten sposób były na przykład pięć dni w Austrii. W Niemczech zaliczyły Fantasy Land, takie wielkie wesołe miasteczko na najwyższym poziomie. Do Kalifornii wziąłem ze sobą Jasia, do Kanady – Marysię, do Australii polecieliśmy calutką rodziną, w pięć osób. Tak więc dzieci przy okazji tej naszej działalności też się trochę najeździły. Do Hermanic jeździmy od piętnastu lat, teraz dopiero żona została z babcią w domu, więc jestem tu tylko z Jasiem. Dzisiaj dzieci są już dorosłe, już się trochę odrywają. Ale przez długie lata byliśmy razem. Bywały takie sytuacje, że tata mówił wykład, trzylatek czy czterolatek przychodził, przytulał się do nogi, tata go pogłaskał po główce, dzieciak leciał dalej. Cała nasza działalność była tak ustawiana, żebyśmy jednak rodziną byli razem. Żeby koszt dla rodziny był jak najmniejszy.
Takim cennym momentem, który mnie utwierdził w przekonaniu, że wolno mi to robić, mimo że już są dzieci, było wypracowanie najstarszej córki, Marysi, napisane w drugiej klasie szkoły podstawowej. Nauczyciel pytał, co się dzieje w domu, czego się boisz, co byś chciała, a czego byś nie chciała. Marysia napisała: „Chciałabym, żeby tatuś był więcej w domu, ale żeby nie przestał pomagać innym ludziom”. Wiedziała, że jeżdżę pomagać innym rodzinom. Jeżeli ośmiolatka potrafiła to docenić, pomyślałem, że była to dla mnie przepustka, że nadal mogę to robić.
AD: Jaka jest jedna, najważniejsza rzecz dla trwałości małżeństwa?
JP: Pewnie wierność. I ona podsumowuje też całą karierę małżeńską. Z nią związane jest też zaufanie, ta pewność. Bycie wiernym to jedno, ale wiara w wierność drugiego człowieka, zaufanie z tego płynące, to jest doświadczenie, które z czasem rzeczywiście rodzi coraz głębszą radość, że właśnie jesteśmy razem, możemy na sobie polegać, nie musimy siebie kontrolować. To ogromnie buduje więź. Oczywiście nie wyobrażam sobie małżeństwa, głębokiej więzi, bez wspólnej wiary, bez wspólnych praktyk religijnych – to też jest ogromnie ważny element.
AD: Dziękuję bardzo.
JP: Dziękuję.








