Nowości
Ostatnio komentowane
Razem jako zespół
Adam Dylus | Im się udało... | 2012-01-09W wielu małżeństwach i rodzinach nie mogę już dostrzec podobnej jak u nas współpracy i zaangażowania obu stron.
Krojąc cebulkę do sałatki przygotowywanej na kolację przez żonę, z pewnym zaskoczeniem uświadomiłem sobie, że w wielu małżeństwach i rodzinach nie mogę już dostrzec podobnej jak u nas współpracy i zaangażowania obu stron w utrzymanie domu, wychowanie dzieci i, co również istotne, w dbałość o wzrost duchowy.
Razem, ale osobno
W zaprzyjaźnionych z nami małżeństwach i rodzinach często raczej obowiązuje dość sztywny podział prac między męża i żonę. Nawet jeśli płeć piękna pracuje zawodowo, jakoś w świadomości społecznej bohaterska kobieta (matka Polka) nie może się poczuć zwolniona od obowiązku przygotowania posiłków, sprzątania domu i pomocy w odrobieniu lekcji dzieci. Mąż za to po „wyczerpującej” pracy staje się panem wygodnego fotela i pilota telewizyjnego, nie przejmując się zbytnio rosnącym stosem rzeczy do prasownia czy błagalnymi prośbami dzieci o wspólną zabawę.
Co więcej, nawet małżonkowie, którzy w młodości zakosztowali budujących i rozwijających duchowo zasad życia chrześcijańskiego wszczepionych im w różnorakiej kościelnej formacji, takiej jak chociażby stworzona przez sługę Bożego ks. Franciszka Blachnickiego, dzisiaj nie za bardzo mają już siłę, czas i ochotę na „zabawę” w oazę lub in-ne formy „kościelnej aktywności”.
Być może ma to związek ze współczesną mentalnością wpajającą zarówno kobietom, jak i mężczyznom konieczność osiągania coraz to nowych celów i sukcesów (konieczne wyższe wykształcenie, pięcie się po szczeblach kariery zawodowej, ciągła wymiana samochodów i innych urządzeń na lepsze i nowocześniejsze modele). W takim „układzie” wartość kobiety i mężczyzny najczęściej nie jest oceniana poprzez pryzmat ich talentów i umiejętności (a nawet samej tylko godności osoby ludzkiej), ale jedynie na podstawie takich czy innych sukcesów czy osiągnięć. To zaś powoduje, że współzawodnictwo nie ogranicza się tylko do przestrzeni pracy zawodowej, ale często przenosi się na grunt życia rodzinnego. Wytężona praca męża lub żony mająca na celu zapewnienie komfortu życiowego małżeństwu, a potem rodzinie, często niestety wiąże się z zatraceniem pierwotnych ideałów, a nierzadko również z utratą więzi między małżonkami skupionymi jedynie na osiąganiu różnych celów.
Gdzie w takim myśleniu odnaleźć prawdziwie chrześcijańskie wzorce, pomagające obojgu małżonkom w ich rozwoju i zaangażowaniu?
Razem, nawet gdy osobno
Kilka lat temu mieliśmy okazję uczestniczyć w ciekawym kursie dla małżeństw „MARRIAGE+”. Kurs został wymyślony przez pewnego protestanckiego misjonarza, który prowadząc szkołę biblijną dla pastorów w Wiedniu, zauważył, że małżeństwa mężczyzn angażujących się w służbę duszpasterską bardzo często przeżywają kryzys, a nawet, w skrajnych przypadkach, rozpadają się. Kurs składający się z dwóch części pomaga więc przede wszystkim we wzmocnieniu relacji w małżeństwie (na przykład poprzez „obowiązkowe”, cotygodniowe planowane randki) oraz uczy rozeznania celu nie tyle w indywidualnej służbie i zaangażowaniu męża lub żony, ile raczej pozwala skupić się na tych obszarach, gdzie oboje mogą się „odnaleźć” lub, co też czasami się zdarza, gdzie mąż angażujący się w jakąś aktywność może być pewny poparcia swojej żony i na odwrót.
Realizując kolejne zadania stawiane przez autorów kursu, ze zdumieniem odkrywaliśmy, że nawet odmienny stopień zaangażowania męża i żony niekoniecznie musi oznaczać obniżenie poziomu ich relacji. Powiem więcej: nawet w różnych zaangażowaniach można zrealizować się razem z małżonkiem. Co więcej, wspólne spotkania, rozmowy (takie jak chociażby wspomniane wyżej „randki planowania”) pomagają również w odkryciu takich obszarów działalności, które mogą się stać polem dla wspólnego zaangażowania męża i żony.
Myślę, że od czasu odkrycia tych prawd w szczególny sposób dostrzegliśmy takie dziedziny naszej służby, które nie tylko nie osłabiają naszej relacji, ale wręcz przeciwnie – wzmacniają ją, pomagając nie tylko we wzajemnym poznawaniu się, ale również w rozwoju posiadanych talentów.
Wychodząc teraz w niedzielne poranki do chorych z Komunią św. (jestem nadzwyczajnym szafarzem), nie muszę się już martwić, że moja żona będzie zła, iż znowu spędzam czas poza domem (zamiast odpocząć albo po prostu być z rodziną). Ja również nie mam nic przeciwko temu, że kilka popołudni (a nawet weekendów) w ciągu roku moja żona poświęca na spotkania z kobietami zaangażowanymi w Międzynarodową Służbę Modlitwy Wstawienniczej Kobiet LIDIA albo przygotowując różne inne spotkania. Co więcej, staramy się w tych sprawach wzajemnie wspierać, pytając
o pomoc w zakresie planowania i lepszego wykonywania obowiązków wynikających z naszych zaangażowań.
Ale największą niespodzianką jest to, że Bóg dał nam odkryć nowy obszar wspólnej pracy – na rzecz jedności chrześcijan oraz miejsca narodu wybranego w tym dziele. Bóg zrobił nam wielką niespodziankę, angażując nas oboje w coś takiego, co sprawia, że nawet nasze spacery stają się okazją do rozmowy, planowania różnych spraw, a wreszcie do… wspólnej modlitwy w intencji tych dzieł.
Wracając do obrazu przytoczonego na wstępie mojej refleksji: być może ktoś lubi jeść samą cebulkę, ktoś inny zaś może być pasjonatem pomidorów albo innych warzyw. Myślę jednak, że nic nie przebije wspaniałego smaku sałatki pomidorowej z cebulą i różnymi przyprawami, w dodatku jeśli została ona stworzona dzięki wspólnej pracy dwojga ludzi zaangażowanych w osiągnięcie wspólnego celu.








