Nowocześni albo szczęśliwi. Wywiad z dr. Jackiem Pulikowskim

Jacek Pulikowski,Agnieszka Dubiel | Dobrze nie tylko na zdjęciu | 2012-01-23

O celu życia świeckich, rolach matki i ojca, tradycyjnym modelu wychowania – z dr. Jackiem Pulikowskim rozmawia Agnieszka Dubiel. 

 

Agnieszka Dubiel: Chciałam na początek zapytać o życie świeckich. Jaki jest cel życia świeckiego? Do czego my jako świeccy mamy dążyć?

Jacek Pulikowski: W zasadzie wystarczyło­by, żeby każdy dążył do szczęścia, ale rozumianego prawdziwie, a nie do jego namiastek. Wówczas każdy rozwijałby się ku pełni swoich możliwości, czyli pokonywałby wewnętrzną dezintegrację. Sta­wałby się coraz bardziej zintegrowany, coraz bar­dziej wolny, zdolny do wyboru dobra, a odrzucenia zła. Gdyby każdy z osobna dążył do własnego szczę­ścia, a pełnią szczęścia jest – powtarzam – rozwi­nięcie się do granic swoich możliwości w kierunku dobra, wolności, miłości, to każdy z osobna byłby szczęśliwy i wszyscy z nim byliby szczęśliwi, mieli­byśmy raj na ziemi.


AD:
Mówiąc o sobie, określa się pan często przede wszystkim jako szczęśliwy mąż i ojciec. Dlaczego właśnie taki wybór?

JP: Bo to jest najistotniejsze w tym momencie. Przeżyłem pięćdziesiąt osiem lat i stwierdzam, że jestem szczęśliwy w takim powołaniu, jakie wybra­łem – małżeńskim – jestem szczęśliwy w powoła­niu rodzicielskim, jestem szczęśliwy, będąc oso­bą wierzącą i blisko związaną z Kościołem. Patrząc wstecz, nie żałuję przebytej drogi. Jestem szczęśliwy z tym, co robię, ze swoim zawodem – lubię uczyć, lubię studentów. Przynosi mi wiele radości działal­ność społeczna w działce duszpasterstwa rodzin. Niczego bym w tym życiu nie zmienił i w związ­ku z tym patrząc wstecz, widzę, że nie zmierzam w złą stronę, albo – mówiąc nieskromnie – zmie­rzam w stronę Dobra.


AD:
A jak to się stało, że nauczyciel akademicki, doktor inżynier budownictwa zajął się sprawami ro­dzinnymi?

JP: Przez tak zwany przypadek. W czasie mo­ich studiów byłem związany z duszpasterstwem akademickim. Bolek Suszka, przyjaciel ojca Karola Meissnera, prowadził tam spotkania całoroczne na temat: przyjaźń, miłość, seks i płeć, małżeństwo. Generalnie wokół relacji kobieta–mężczyzna. On jest biologiem, dendrologiem, mówił bardzo pre­cyzyjnie. To było dla mnie ciekawe, bo wywód był bardzo logiczny i bardzo ubogacający mnie. Kie­dyś, już byłem po studiach, Bolek powiedział mi; „Jacek, pójdziesz z Jagą w poniedziałek do kościo­ła na Fredry, na siedemnastą masz się zgłosić”. Ja go spytałem: „Dobrze, ale po co?”. „Tam ci powie­dzą po co”.

Dokładnie w ten sposób wszedłem w duszpa­sterstwo rodzin. Ukończyliśmy sześćdziesięciogo­dzinny cykl przygotowania do pracy duszpaster­skiej, do przygotowywania narzeczonych. W związ­ku z tym, że nie mieliśmy dzieci, bardzo szybko wypchnięto nas do pracy. Zanim się zdążyły uro­dzić, żona była już instruktorką diecezjalną, jak się to wówczas nazywało. Była osobą świecką odpo­wiedzialną za pion duszpasterstwa rodzin w Archi­diecezji Poznańskiej.

To była w zasadzie działalność społeczno-cha­rytatywna, obciążająca nasz dom. Ale jako że oboje pracowaliśmy, nie mieliśmy dzieci, nie było to żad­nym problemem. Dopiero potem zaczęły pojawiać się dzieci, ale wtedy nie zwolniono nas już z tej pracy, byliśmy za głęboko ukorzenieni w niej. Po dziesię­ciu latach kolejnych urlopów macierzyńskich i wy­chowawczych żona zdecydowała, że nie wraca do poprzedniej pracy. Wtedy nasza działalność w dusz­pasterstwie rodzin stała się jej działalnością etatową. Dostała etat w kurii jako pracownik referatu duszpa­sterstwa rodzin i tam do dziś działa.


AD:
Wykłady też prowadzi?

JP: Tak. Przez długie lata prowadziliśmy wspól­nie różne zajęcia, rekolekcje dla małżeństw, czasem dla młodzieży. Jednak w chwili, kiedy pojawiły się dzieci i nie mogliśmy już razem jeździć, wtedy ona raczej sprawowała funkcje administracyjno-orga­nizacyjne, a ja jeździłem.


AD:
Żałuję, że nigdy nie słyszałam jej przema­wiającej.

JP: Jaga mówi pięknie. Ma inny temperament niż ja. Ona jest bardzo spokojna, bardzo wyważona. Ja sam uwielbiam słuchać, jak ona mówi, zwłaszcza do kobiet, do dziewczyn. W zasadzie daje świadec­two własnego życia. Mówi o sobie, że była bardzo dobrą studentką, pracownikiem Polskiej Akademii Nauk, że szybko po studiach zrobiła doktorat z bio­chemii. Wydawałoby się, że czeka ją jakaś wielka kariera. Ale kiedy urodziły się dzieci, ona to wszyst­ko zostawiła i nie żałuje. Napisała książeczkę o ko­biecości, w której wyznaje, że jest wdzięczna Panu Bogu i mężowi, że mogła być dziesięć lat w domu z dziećmi i że widziała wszystkie pierwsze krocz­ki, wszystkie porażki, zwycięstwa, słowa, wszystkie pierwsze ząbki – że ona towarzyszyła w tym dzie­ciom. Mówi, że za żadne skarby świata by tego nie oddała. Jest to świadectwo kobiety, która miała po­tencjalną szansę na karierę naukową, a ona się cie­szy, że była z dziećmi w domu. To wszystko było jej potrzebne.


AD:
Spotkałam się z zarzutem będącym reakcją na pana wykłady, że Jacek Pulikowski stereotypowo patrzy na kobiety, że chce je wepchnąć na dawne to­ry i nie pozwala im się rozwinąć.

JP: Przede wszystkim ja się bardzo uczciwie troszczę o kobiety. Mówię im, że kobieta znajdzie szczęście w byciu ze swoim rodzonym dzieckiem, małym dzieckiem, bo wtedy jest niezastąpio­na – potem już można dyskutować. Oczywiście mąż musi to uszanować i doceniać. Dziewczyny myślą, że znajdą szczęście w karierze bizneswo­man w przemyśle zbrojeniowym. Zrobią wiel­kie pieniądze, ale nie nasycą swojej kobiecości, swej potrzeby matkowania. Ja próbuję je przed tym właśnie przestrzegać. Czasem mówię im tak: „Możesz być nowoczesna. Możesz być radykal­nie nowoczesna, ale nie będziesz wtedy szczęśli­wa”. Mamy dzisiaj wybór – i to nie tylko kobieta w swoich rolach matczynych, ale w ogóle mamy dzisiaj wybór: albo będziemy nowocześni według jakichś obłąkańczych kanonów, albo będziemy szczęśliwi.


AD:
Istnieje taki tradycyjny model wychowania: do siódmego roku życia dziecko pozostaje pod opieką matki, do czternastego pod opieką ojca, a potem już ma szukać własnych ścieżek. Czy właśnie tutaj wpi­suje się rola ojca?

JP: Niezupełnie. Wprawdzie zgadzam się z tym, że przy małym dziecku większą rolę odgrywa i jest bardziej potrzebna matka niż ojciec. Wiem na pewno – to wynika z badań – że przy dorastającym dziecku ważniejsza jest jego więź z ojcem niż z mat­ką. Pomaga ona uniknąć zagubienia się przy wy­chodzeniu w zewnętrzny świat, pełen najróżniej­szych pokus. Gdy ojciec nie ma więzi z dzieckiem, dziecko znajduje sobie zupełnie nowe pomysły na życie, nieraz nie po naszej myśli. Jednak nawet jeśli ojciec jest ważniejszy przy dziecku dorastającym, mimo wszystko nie jest tak, że do siódmego roku zajmuje się nim matka, a potem ojciec. Do siódme­go roku życia ma się nawiązać między nimi więź. Wielka rola matki polega na tym, aby malutkie dziecko związać emocjonalnie z ojcem. Taką funk­cję może pełnić na przykład kąpanie. To bardzo silne narzędzie (przez dotyk) budowania więzi, które będzie owocowało w okresie dojrzewania. Ale faktem jest, że przecież na naszych słowiań­skich terenach w wieku siedmiu–ośmiu lat nastę­powały postrzyżyny i syn przechodził pod opie­kę ojca. Dzisiaj tego brakuje. Dzisiaj synkowie są dopieszczeni przez mamusie. Mają lat trzydzie­ści, a mamusia nadal pierze i gotuje syneczko­wi, a nawet pilnuje, żeby założył szalik. I potem taki synek ma stworzyć rodzinę, ale zwykle jest do tego niezdolny, boi się podjąć decyzję o mał­żeństwie. Wchodzi wtedy w jakieś wolne związ­ki, kombinuje, ucieka od własnej odpowiedzial­ności. Nie rozwija się, bo mężczyzna rozwija się wtedy, kiedy podejmuje odpowiedzialność. Dużo łatwiej nauczyć się bycia odpowiedzialnym, na­wet po nabiciu sobie paru guzów, pod twardą ła­pą ojca niż pod czułą rączką mamusi. Tak więc coś w tym jest, że przy małym dziecku ważniej­sza jest opieka matki, a przy dorastającym – więź z ojcem.


AD:
W jaki sposób mamy dobrze przygotować nasze dzieci do małżeństwa czy do innych ról?

JP: Jest mnóstwo najróżniejszych mędrców, któ­rzy się na takie tematy wypowiadają. Ale tak na­prawdę jedyne dobre przygotowanie to jest świa­dectwo własnych rodziców. Jeżeli to jest dobre mał­żeństwo, uczciwie się kochające, wierne, to nie ma lepszego przygotowania. Dzieci potrafią to odczy­tać i docenić.


AD:
Dziękuję bardzo.

JP: Dziękuję.

Za: Małżeństwo i rodzina>>>

Książkę można kupić w księgarni OPOKI>>>

Copyright © by Homo Dei

Udostępnij w : Wyślij znajomemu
Dodaj komentarz

Tytuł

Podpis

Treść




Partner technologiczny:

Plus GSM

Partner serwisu Rodzina:

SKOK

Partnerzy naukowi:

WSB-NLU


Centrum JP2

Partner fundacji:

Bank PEKAO SA


Patroni:

PC World Komputer Przewodnik Katolicki

Wsparcie modlitewne:

Karmelitanki Bose


© Fundacja "Opoka" 1997-2011