Rodziny małodzietne - patologie społeczne

Sławomir Zatwardnicki | Polityka prorodzinna

Patologia małodzietności nie pozostaje bez wpływu na relacje społeczne, z czego nie wszyscy zdają sobie sprawę.

 

Mówi się, że rodzina jest podstawową komórką życia społecznego. Mówi się, ale się nie rozumie. W tyleż powszechnym co stereotypowym pojmowaniu powyższego stwierdzenia to społeczeństwo jawi się jako wspólnota pełna, w pełni zasługująca na szacunek, wspólnota złożona z części – komórek właśnie – rodzinnych, które w tej społecznej perspektywie stanowią jakieś tylko cegiełki budujące społeczny organizm. Czy nie jest to myślenie zalążkiem totalitaryzmów, z którymi zmagaliśmy się w wieku XX i z którymi kto wie, czy nie przyjdzie nam walczyć w bieżącym stuleciu, jeśli nie przyswoiliśmy sobie lekcji i wciąż zbyt łatwo stawiamy rodzinę na drugim miejscu, jakoby społeczeństwo było ważniejsze od niej i jakoby to ona miała służyć społeczeństwu, ale ono jej już nie, a w każdym razie nie przede wszystkim ono jej? Zresztą, rodzina aby służyć całemu społeczeństwu nie potrzebuje robić niczego innego, jak być rodziną – ot, tylko tyle; ot, aż tyle.

Temu „przestrzennemu” spojrzeniu widzącemu większą wartość w tym, co większe, trzeba przeciwstawić ujęcie inne: prawdziwe życie dokonuje się przede wszystkim w tym, co małe, a więc w rodzinie, bo to właśnie życie w tej „komórce” – jak w przysłowiu o koszuli bliższej ciału – wpływa na człowieka bezpośredni, a nawet można by powiedzieć że wpływa totalnie, we wszystkich możliwych sferach przekazując mu błogosławieństwo lub przekleństwo (przy czym nawet konsekwencje patologii rodzinnych pośrednio dowodzą tego dobrodziejstwa, które Bóg zamierzył dla rodzin zdrowych). Jeśli dziś zbyt łatwo ulegamy pokusie kontrolowania prawnego czy mentalnego, jakie państwo chciałoby sprawować nad rodzinami, to jest to w gruncie rzeczy desperacka i skazana na niepowodzenie próba ratowania tych dysfunkcji, które pojawiły się w życiu familijnym. Oczywiście państwo może pomóc rodzinie, ale jej nie wyręczy w tym, co do niej należy. Nie z pomocniczością państwa mamy dziś do czynienia, ale z (nad)opiekuńczością.

Jeśli wspólnota rodzinna funkcjonuje właściwie, uczestnicy tej wspólnoty w sposób naturalny odbierają naukę tych zachowań, bez których życie społeczne nie jest w stanie funkcjonować prawidłowo. Rodzina zdrowa służy społeczeństwu, choćby jej członkowie nie zdawali sobie z tego sprawy. Autorzy Katechizmu Kościoła Katolickiego zwracają uwagę na to, że „autorytet, stałość i życie w związkach rodzinnych stanowią podstawy wolności, bezpieczeństwa i braterstwa w społeczeństwie. Rodzina jest wspólnotą, w której od dzieciństwa można nauczyć się wartości moralnych, zacząć czcić Boga i dobrze używać wolności”. Życie rodzinne jest wprowadzeniem do życia społecznego, ponieważ umożliwia nabycie niezbędnych przymiotów – tu człowiek ukierunkowuje swoją egzystencję w oparciu o przyjęte wartości, tu uczy się współżycia z ludźmi i pokonywania praktycznych problemów codzienności. Można by nawet wysunąć tezę, że im bardziej znaczący jest upadek współżycia społecznego, tym większą rolę odgrywać musi rodzina. „Kto chce sprostać wymaganiom społeczeństwa, które staje się coraz bardziej skomplikowane – uważa autor książki Kapitał. Mowa w obronie człowieka – potrzebuje silnej struktury osobowości i stabilnego fundamentu wartości, na którym może się ostać” (R. Marx).

Przyznaję, że takie wykazywanie związku między życiem rodzinnym a społecznym wydawało mi się kiedyś mocno naciągane. Podejrzliwie czytałbym dawniej stwierdzenie Papieskiej Rady Iustitia et Pax: „Rodzina, naturalna wspólnota, w której doświadcza się ludzkiego instynktu społecznego, wnosi swój jedyny i niezastąpiony wkład w dobro całego społeczeństwa” (Kompendium Nauki Społecznej Kościoła). I pewnie z rezerwą proporcjonalną do charakterystycznego języka soborowej konstytucji odniósłbym się do stwierdzenia:  „rodzina jest w pierwszym rzędzie jakby matką i żywicielką (...) wychowania; w niej to dzieci, otoczone miłością, łatwiej przyuczają się do właściwego porządku rzeczy, gdy jakby naturalnie przenikają do ich dusz z biegiem lat młodzieńczych wypróbowane formy kultury ludzkiej” (Gaudium et spes). Uroiłem sobie, że Kościół niejako „na siłę” próbuje w celu obrony wartości rodziny dowodzić związku między rodziną a społeczeństwem. Bo niby jakich to społecznych zachowań – myślałem w swojej bezdzietnej nieufności – uczyć miałaby rodzina? Dopiero życie rodzinne przekonało mnie o prawdziwości relacji rodzina-społeczeństwo. Ale i to nie stało się od razu. Dopiero przy trzecim dziecku prawda ta stała się przekonująca.

Raz płacze ten dzieciak z tego powodu, raz tamten z tego samego lub innego powodu, a najmłodszy też ma swoje niedole, które wymagają opłakania i interwencji rodzicielskiej. Raz ten ma rację, a tamten mu jej nie przyznaje, raz tamten zbił tego, a ten tamtemu oddał, ale który zaczął – nie wiadomo. Te zabawki są tamtego, ale ten je pożyczył bez pytania, tyle że twierdzi, że jednak pytał, a według tamtego – kłamie. I rodzic ma wydać wyrok, który nie zawsze będzie sprawiedliwy, a i tak trzeba będzie się do niego zastosować: do kąta, przeprosiny, kara, konsekwencja,... Albo – to w pewnym wieku osiągniętym przez dzieci zaczyna się sprawdzać – sami mają uzgodnić wspólną wersję zdarzeń i dogadać się między sobą. I mimo tego wszystkiego udaje się zachować miłość, a dzięki temu wszystkiemu – ogołaca się ona z jakiejś nadwrażliwości typowej dla wysubtelnionych jedynaków czy dzieci z rodzin typu „dwa plus dwa”.

Słusznie prawi Stolica Apostolska, że życie w rodzinie wprowadza jej członków w solidarność i odpowiedzialność wspólnotową przez to, że jest rodzina „miejscem spotkania różnych pokoleń, które pomagają sobie wzajemnie w osiąganiu pełniejszej mądrości życiowej oraz w godzeniu praw poszczególnych osób z wymaganiami życia społecznego” (Karta Praw Rodziny). Milion sprzecznych interesów – milion okazji do uczenia się ludzkiego współżycia; coś, czego nie da się ukształtować inaczej niż w rodzinie. Oczywiście prawdą jest, że w każdej relacji międzyosobowej można zaobserwować budzące się instynkty społeczne, ale prawdą jest również i to, że w małych wspólnotach trudno odróżnić ziarno od plew: instynkty społeczne od antyspołecznych nawyków, które się tworzą – bo muszą – w takich ograniczonych warunkach. Stosunkowo łatwo – choć i to nie dokonuje się bez bólu – jest dogadać się między sobą dwójce rodzeństwa, ale dopiero przy trzecim tworzą się nowe zależności, które wymagają nabycia odmiennych umiejętności. Trzeba na nowo określić hierarchię rodzinną: kto jest nad kim, a komu podlega i w jakich sprawach; należy nauczyć się radzić sobie z niesprawiedliwością, kiedy najmłodszy członek rodziny wprowadza największe wymagania, których realizacji nie wolno zaniedbać; powinno się rozwijać umiejętność strategicznych kompromisów zawieranych to z tym, to z tamtym; nie wolno zaniechać swojego wkładu w dobro wspólne rodziny, a jednocześnie pamiętać, żeby ono wróciło do mającego w nim swój udział...

Wydaje mi się, że efektywność takiej nauki życia społecznego, jaka w ten sposób naturalną siłą rzeczy dokonuje się w rodzinie, wzrasta wraz z ilością dzieci – przy czym jest to postęp geometryczny. Oczywiście trzeba by też konsekwentnie zauważyć wpływ małodzietnych rodzin na więzi społeczne. No cóż, patologia małodzietności nie pozostaje bez wpływu na patologiczne relacje społeczne, czego przecież wszyscy jesteśmy świadkami – tyle że nie wszyscy zdajemy sobie sprawę z najważniejszych przyczyn tego stanu rzeczy; z kolei patologiczne społeczeństwo promuje patologiczne rodziny, i kółko się zamyka. Czy jednak znaczy to, że ze względu na zdrowie społeczeństwa trzeba by teraz rodzić więcej dzieci? Innymi słowy: jak czułoby się dziecko poczęte ze względu na społeczeństwo? No cóż, jest to odwracanie kota ogonem: społeczne objawy rodzinnej choroby stanowić mogą przecież jedynie bodziec pozwalający zauważyć patologię małodzietności. A obowiązek społeczny, mimo że przecież wciąż obowiązuje, nie może nigdy stanowić najważniejszego motywu dla poczęcia dziecka. Nie odwrócony ogonem kot miauczy jednak pytanie zasadnicze: a dlaczego nie chcieć zdrowej wielodzietnej rodziny?

Copyright © by Sławomir Zatwardnicki

Udostępnij w : Wyślij znajomemu

Ostatni komentarz:

@Inka
Artykuł napisał ojciec czwórki dzieci. Które się nie biją i nie wrzeszczą na siebie. Kluczowa wydaje się współpraca mamy i taty.
Sławomir Zatwardnicki
Dodaj komentarz

Tytuł

Podpis

Treść




Partner serwisu Rodzina:

SKOK

Partnerzy naukowi:

WSB-NLU
Centrum JP2

Partner fundacji:

Bank PEKAO SA


Patroni:

PC World Komputer Przewodnik Katolicki

Wsparcie modlitewne:

Karmelitanki Bose


© Fundacja "Opoka" 1997-2011