Nowości
Ostatnio komentowane
Narodziny do bycia ojcem
Janusz Kawik | Elementarz Mamy i Taty | 2012-02-19Mam taki Boży dar, że potrafię zainteresować dzieci, wymyślić ciekawą zabawę, opowiadać im różne historie w taki sposób, że słuchają z otwartymi dzióbkami.
Początki mojego przygotowywania się do ojcostwa to czas wychodzenia z wieku dziecięcego. Odkryłem wtedy, że bardzo lubię dzieci, lubię ich towarzystwo, lubię się z nimi bawić. Kiedy jeździliśmy z rodzicami do krewnych, uwielbiałem te miejsca, gdzie były małe dzieci.
Nie umiałem się nigdy za bardzo znaleźć wśród dorosłych, natomiast z dziećmi czułem się jak ryba w wodzie. I właściwie sporo z tego zostało mi do dzisiaj. Po prostu mam taki Boży dar, że potrafię zainteresować dzieci, wymyślić ciekawą zabawę, opowiadać im różne historie w taki sposób, że słuchają z otwartymi dzióbkami.
Nawiasem mówiąc, ma to i ujemne strony, bo nieraz dzieci męczą mnie, by bawić się z nimi: „Tatusiu, bez ciebie to nie ma zabawy”, „My nie umiemy zbudować takiego wspaniałego zamku jak ty”, „Jak się nie będziesz z nami bawił, to ja też się nie bawię”, itp.
Reasumując, od dawna było dla mnie czymś naturalnym, że skoro tak bardzo lubię dzieci, to chcę mieć swoje. Był tylko jeden mały problem – i to mały dosłownie. Przepadałem za dziećmi starszymi, powiedzmy od roku w górę. Natomiast wręcz bałem się malutkich niemowlaczków, szczególnie brania ich w ramiona. Oczami wyobraźni widziałem, jak przelatują mi przez ręce, wyślizgują się jak piskorz i spadają. Nie wiedziałem, jak je chwycić, by nie wypadły, a jednocześnie by ich nie zgnieść, nie połamać, czegoś im nie urwać…
Wreszcie nadszedł czas, by zrealizować marzenia o własnych dzieciach. Poznałem Anię, pobraliśmy się i po niedługim czasie zaczęliśmy się starać o dziecko. A że stosujemy metody naturalnego planowania, dokładnie wiedzieliśmy, kiedy się starać. No i staraliśmy się jeden miesiąc, drugi, trzeci, czwarty… Kiedy minął prawie rok, zaczęliśmy się martwić, szczególnie Ania.
Ale od czego są przyjaciele! A przede wszystkim nasz Pan! Poprosiliśmy więc o modlitwę. Pomodlili się nad nami. Jeszcze do dzisiaj mam karteczkę, którą wtedy otrzymaliśmy, ze słowem skierowanym do nas i śmiesznym rysuneczkiem małego bobasa. I po dwóch czy trzech tygodniach poczęła się nasza Martusia! Dla mnie ewidentny znak Bożego błogosławieństwa, zdecydowanie nie pierwszego i nie ostatniego.
Przyszedł czas na narodziny. Od samego początku było dla nas czymś oczywistym, że będzie to poród rodzinny. Do dzisiaj z pewnym niedowierzaniem słucham historii o mdlejących przy porodzie mężach. Dla mnie było to coś naturalnego, wiedziałem, jak się zachować, jak pomóc Ani, jak współdziałać z położną. Na pewno duża w tym zasługa szkoły rodzenia, do której wcześniej chodziliśmy.
Patrząc teraz z perspektywy lat, widzę, że bycie przy narodzeniu Martusi i później następnych dzieci pozwoliło mi bardzo mocno poczuć się ojcem, poczuć się odpowiedzialnym za nie. Te ich fizyczne narodziny jednocześnie stały się dla mnie czasem narodzin do bycia ojcem. To, co było wcześniej, traktuję jako przygotowanie.
Teraz już wiedziałem, że żarty się skończyły, że zamknął się pewien rozdział w życiu, a otworzył następny, bardziej dojrzały. Dotychczasowe priorytety, przede wszystkim te związane z czasem, uległy całkowitemu przewartościowaniu. Ale dzięki Bogu nie niosło to ze sobą wielkich wyrzeczeń czy żalu za utraconą wolnością. Wręcz przeciwnie, po prostu stało się dla mnie oczywiste, że z niektórych rzeczy teraz rezygnuję – może na zawsze, może do pewnego czasu. Cieszę się z tego i dziękuję Panu, że pozwolił mi w miarę bezboleśnie rozpocząć bycie tatą.
Na koniec chcę podzielić się jeszcze jednym, bardzo namacalnym dowodem Bożego błogosławieństwa. Pisałem wcześniej, że bałem się małych dzieci. W momencie narodzin Martusi prysło to jak bańka mydlana. Od razu wziąłem ją na ręce, pewnie trzymałem i nie było tu miejsca na żadne obawy, że mi wypadnie czy że się złamie. Trzymałem Martusię – czy to na rękach, czy w kąpieli – jak stary profesjonalista.
I nie było to zasługą jakiś moich ćwiczeń, mozolnej pracy nad sobą, samozaparcia i nie wiem czego jeszcze. Po prostu Pan „pstryknął na palcach” i w jednej chwili zabrał moje obawy, dając jednocześnie pewność i odwagę. I wytrwałość, by każdego dnia podejmować z radością trud bycia tatą, by ciągle na nowo rodzić się do bycia ojcem.








