Dziecko w rodzinie. Pokojowy przewrót

Tomasz Gorol | Elementarz Mamy i Taty | 2012-02-10

Po dziewięciu miesiącach względnego spoko­ju nadchodzi ten moment, gdy wulkan wybucha. Potem, jak tego chciał mistrz Alfred, napięcie stopniowo rośnie. 

 

Alfred Hitchcock zwykł podobno mawiać, że film powinien rozpoczynać się od sekwencji uka­zującej wybuch wulkanu, a później… napięcie ma stopniowo narastać. Tkwi w tej krótkiej recepcie na udane dzieło wyzwanie, które niejednego twór­cę przerosło. Z historii kinematografii wiemy, że au-tor tej trudnej maksymy zdecydowanie mu sprostał. Z narodzinami dziecka, szczególnie gdy mamy z ni­mi do czynienia po raz pierwszy, jest podobnie jak z fi lmami reżysera Ptaków i Psychozy.

Narodziny dziecka – rewolucja

Po dziewięciu miesiącach względnego spokoju (pozwólcie, że nie będę tu przyglądał się sytuacjom trudnym, patologiom ciąży itp.) nadchodzi ten mo­ment, gdy wulkan wybucha. Potem, jak tego chciał mistrz Alfred, napięcie stopniowo rośnie. Problem w tym, że to nie fabuła filmu, a nasze życie nabiera tempa. Zmienia się. Wchodzimy w fazę rewolucji.

Jak podaje Władysław Kopaliński w swoim słow­niku, „rewolucja” wywodzi się z późnołacińskiego revolutio, co znaczy „przewrót”, „obrót”. Ciekawe, że słowo to ma swój początek w łacińskim revol­vere, czyli „obracać”. Trzeba wierzyć, że rewolucja, której na imię dziecko, nie pociąga za sobą ochoty sięgnięcia po rewolwer. Po urodzeniu dziecka bowiem para małżeńska w osobach mężczyzny i ko­biety (nie usprawiedliwiając się, tylko związek w tej konfiguracji, opartej na mocy sakramentu, chcę uczynić przedmiotem mych rozważań) staje przed zadaniem weryfikacji swego życia. Dzieje się tak ze względu na nową jakość, którą zaprosili do swej co­dzienności.

Od trzystu co najmniej lat, od końca XVII stule­cia znaczenie pojęcia „rewolucja” jest dla nas zwią­zane z jakimiś niepokojami społeczno-polityczny­mi. I faktycznie, ta rzeczywistość szybkiej zmiany, przewrotu, obalenia dotychczasowego porządku dobrze oddaje treść życia młodej rodziny. Zmianie bowiem, obrotowi nieraz o 180 stopni ulega każda dziedzina wspólnego życia małżonków. Od chwili narodzin pierwszego dziecka wchodzą oni w no­wą fazę swojej miłości. Odtąd będą musieli włączyć w swą, dotąd integralną, relację małżeńską uczucia do nowej osoby.

Plan pokojowego przewrotu

Z czasem, gdy rodzić się będą kolejne dzieci, ich wzajemne uczucie będzie weryfikowane przez za­wsze nowe sytuacje. Nie może to oczywiście pro­wadzić do zagubienia piękna miłości małżeńskiej. Ona musi trwać i być podsycana, by nie zgasła. Jed­nak w sercach małżonków, a teraz również rodzi­ców należy znaleźć miejsce na nowe relacje. Na mi­łość do dzieci.

Ważna wydaje mi się konieczność uświadomie­nia sobie, że nie ma recepty na bycie rodzicem. Oczywiście nie znaczy to, że do własnej małej re­wolucji nie należy się przygotować – skoro plany działania opracowują wszyscy rewolucjoniści, to dlaczego nie przyszli rodzice?

Jeśli małżonkowie świadomie planują wkro­czyć na pole minowe, jakim jest rodzicielstwo, to w pełni przysługuje im miano rewolucjonistów. Je­żeli bowiem rewolucję określić można jako dąże­nie do zmiany dotychczasowego porządku rzeczy, to właśnie tym są narodziny dziecka. Działania zaś rodziców są porównywalne z walką o nową rze­czywistość. Będą bowiem odtąd nie tylko zmie­niać swoje życie – będą wywoływać zmiany w ca­łym otoczeniu (z czego zresztą otoczenie powinno się cieszyć, więcej nawet, powinno czerpać z tego, co rodzina roztacza wokół siebie – z ciepła, życzli­wości, wzajemnego oddania…).

Co nie mniej ważne, bycie rewolucjonistą w zna­czeniu, o którym mówimy, czyli w kontekście ro­dzicielstwa, jest w istocie najbardziej pokojowym przemienianiem oblicza świata.

NPR – rewolucyjna broń

Wspomniane już świadome rodzicielstwo jest, jak myślę, jedną z podstaw zaakceptowania faktu, że narodziny dziecka – to rewolucja właśnie. A skoro tak, to rodzice muszą być przygotowani na… wła­ściwie na wszystko. Aby tak było i aby to „wszystko” przyjąć, potrzebny jest małżonkom mocny funda­ment. W tym przypadku jest nim, moim zdaniem, życie wolne od antykoncepcji.

Naturalne Planowanie Rodziny to metoda kon­kretna, niełatwa, a jednak piękna, więcej nawet – to filozofia życia chrześcijańskich małżonków. Opar­cie bowiem swego rodzicielstwa na naturalnym ryt­mie płodności człowieka pozwala im otwierać się na życie. W przeciwieństwie do metod antykon­cepcyjnych, które są nastawione na odrzucenie, zamknięcie się przed poczęciem, a nierzadko wiążą się z niszczeniem już poczętego życia. Antykoncep­cja zdaje się tworzyć w małżonkach uczucie stra­chu przed życiem. Co nie mniej istotne, wydaje się również, że jest ona odgrodzeniem się od działania Ducha Świętego – swoistym postawieniem bariery pomiędzy człowiekiem a Bogiem.

Małżonkowie, którzy nie czynią swej seksualno­ści bezpłodną przez antykoncepcję, są tak napraw­dę w bliskiej relacji z Bogiem Stwórcą. Realizują Jego plan, Boży plan dla rodziny, i współdziałają z Nim w akcie stwórczym. Oczywiście akceptacja cyklicznego rytmu płodności kobiety jest ogrom­nym wyzwaniem dla mężczyzny. Musi on włączyć w swoją biologicznie ciągłą płodność świadome jej ograniczenie. Wstrzemięźliwość i zależność to za­dania, jakie naturalne metody planowania rodziny nakładają na męża. Jednak wzrastanie w wypełnia­niu tego zadania otwiera go na faktyczne zjedno­czenie z małżonką. Na jej potrzeby, na jej osobę – na pełnię tego, kim ona jest.

Paradoksy rewolucji

Wróćmy jednak do punktu wyjścia, a więc do przewrotu, jaki dokonał się w życiu dwojga lu­dzi w momencie narodzin ich dziecka. Głównym wyzwaniem, jakie w przewróconym do góry no­gami przez małego człowieczka życiu staje przed rodzicami, jest umiejętność pogodzenia własnych celów i potrzeb z potrzebami i celami dziecka. A te potrafią się różnić, nieraz są wręcz rozbieżne. Do­piero akceptacja tej prawdy, a równocześnie otwar­cie się na działanie Ducha Świętego i przyjęcie od Niego charyzmatu rodzicielstwa, pozwala na pełne przeżywanie bycia ojcem i matką, albo – lepiej – ta­tą i mamą.

Dochodzimy tu do paradoksu całej tej sytuacji. Z jednej strony bowiem w pełni uzasadnione jest, byśmy narodziny dziecka i całą rzeczywistość ro­dziny nazwali rewolucją. Z drugiej zaś, nie może­my nie zauważyć, że w tym przypadku grupa rewo­lucyjna – rodzina – nie dąży do zrzucenia jakichś dotąd ją ograniczających więzów, co ma przecież miejsce w działaniach rewolucyjnych w normal­nym tego słowa znaczeniu. Tu jest wręcz przeciwnie – więzy i zależności są dobrowolnie przyjmowane.

Nawet jeżeli w pierwszych latach życia dziecka (lub dzieci) dotyczy to głównie rodziców, z czasem zaczynają tym prawom podlegać wszyscy członko­wie rodzinnej wspólnoty. Zdarza się, a nawet za­pewne jest codziennością, opór i bunt przeciwko takiemu stanowi rzeczy: kino, restauracja, szeroko pojęte życie towarzyskie, własne aspiracje i plany, rozwój osobisty, praca zawodowa (kariera)… dla­czego mam z tego zrezygnować? Warto nosić w so­bie słowa piosenki Natalii Niemen-Otremby: „Je­stem mamą, to moja kariera”. Inaczej co pozostaje?

Pustka niespełnionych ambicji lub tworzenie nie­pełnych, poranionych relacji wynikających z braku obecności.

Wzór Świętej Rodziny

W takim widzeniu rewolucyjnych realiów dro­gowskazem wydaje się przede wszystkim Świę­ta Rodzina – postawa i wybory Rodziców: młodej dziewczyny Miriam i Josefa, dojrzałego już mężczy­zny. Ich decyzje podejmowane na początku samo­dzielnie, a potem… Przyjęcie i akceptacja Zwiasto­wania, a więc Bożego planu przez Maryję. Przyję­cie brzemiennej Maryi przez Józefa, który również działa w zgodzie z Bożą wolą. Można powiedzieć, że na erupcję wulkanu nie musieli czekać do naro­dzin dziecka. W ich kulturowej rzeczywistości na­stąpiło to już w momencie, gdy ciężarną Maryję wziął do siebie Józef.

Potem bezsprzecznie napięcie rosło. Mary­ja w zaawansowanej ciąży przemierza wiele ki­lometrów bezdroży, by odwiedzić Elżbietę. Obo­je wędrują z Nazaretu do Betlejem. Tam przeży­wają narodziny „swojego” dziecka w stajni. Do tego odwiedza ich najpierw grupa pasterzy, a póź­niej władcy wschodnich krain. Jeżeli dodać obec­ność chórów anielskich wyśpiewujących Gloria in excelsis Deo, sytuacja wydaje się co najmniej war­ta przemyślenia.

Po ludzku patrząc, zarówno Josef, jak i Miriam musieli się nieźle nagłowić, o co w tym wszyst­kim chodzi. Dalej też nie było prosto. Pamiętamy ucieczkę do Egiptu (z Nazaretu do granicy z Egip­tem jest około dwustu kilometrów, a do dyspozycji mieli zapewne tylko osiołka) czy Jezusa, który zo­staje w świątyni. Potrzeba rezygnacji z siebie, z chę­ci skarcenia nieposłusznego smarkacza? Te i inne rewolucje przeżywamy przecież wszyscy, właśnie jako rodzice. Znamy je z własnego podwórka.

Pytania domagające się odpowiedzi

Tak naprawdę to od nas samych zależy, jak ta re­wolucyjna zmiana w naszym życiu będzie przebie­gać. Co damy innym z naszego życia? Co inni bę­dą mogli i czy będą w ogóle chcieli z niego czerpać? Wreszcie, czy my sami znajdziemy radość w byciu z naszymi dziećmi oraz czy będziemy mieli z czego zdać relację Panu Bogu, gdy już przed Nim stanie­my? Czy oddamy Mu dziesięciokrotnie pomnożo­ny nasz rodzicielski talent (charyzmat)? Może choć pięciokrotnie? Kończę pytaniami. Tak naprawdę bowiem są one otwarte. Z miejscem na odpowiedź Czytelnika.

Taka jest rzeczywistość każdej rewolucji, każde­go przewrotu obwieszczanego nie przez huk dział, a przez płacz rodzącego się człowieka.

Za: Małżeństwo i rodzina>>>

Książkę można kupić w księgarni OPOKI>>>

Copyright © by Homo Dei

Udostępnij w : Wyślij znajomemu
Dodaj komentarz

Tytuł

Podpis

Treść




Partner technologiczny:

Plus GSM

Partner serwisu Rodzina:

SKOK

Partnerzy naukowi:

WSB-NLU


Centrum JP2

Partner fundacji:

Bank PEKAO SA


Patroni:

PC World Komputer Przewodnik Katolicki

Wsparcie modlitewne:

Karmelitanki Bose


© Fundacja "Opoka" 1997-2011